Był słoneczny majowy dzień, jednak temperatura nie przekraczała 15 stopni. Wiał lekki wiaterek, który rozwiewał moje miedziane, kręcone włosy. Okryłam się szczelniej swetrem i po raz kolejny spojrzałam na zegarek - dochodziła 14. Zaklęłam pod nosem i zapukałam znowu w drzwi; tym razem się otworzyły.
W progu stanęła moja przyjaciółka, Samantha, śliczna blondynka o błękitnych oczach. Uśmiechnęła się szeroko od ucha do ucha i nie wyglądała na ani trochę zmieszaną swoim spóźnieniem, Widząc moją wściekłą minę roześmiała się głośno i pocałowała mnie w policzek.
- Uszy do góry! - zawołała i mnie minęła.
Przewróciłam oczami i ruszyłam za nią do samochodu, gdzie czekała moja równie poirytowana mama, Lily, która z niego wysiadła i pomogła mojej przyjaciółce włożyć jej walizki do bagażnika. Ja tymczasem chciałam zająć moje ulubione miejsce, koło kierowcy, ale Samantha mi się wepchnęła, więc mnie pozostało usadowić się z tyłu.
- Wszystko macie? - uśmiechnęła się do nas mama, kiedy usiadła na miejscu kierowcy i wyrzuciła niedopalonego papierosa przez otwarte okno.
Obie kiwnęłyśmy głową i Lily odpaliła silnik, a już po chwili mknęłyśmy autostradą w stronę lotniska. Usiadłam wygodniej i zapatrzyłam się w mijające nas samochody, podczas gdy Samantha i mama dyskutowały zawzięcie o galerii handlowej, którą niedawno otwarto.
Nie miałam zamiaru uczestniczyć w tej rozmowie - jakoś nigdy nie ciągnęło mnie do zakupów, makijażu i strojenia się. Byłam zupełnym przeciwieństwem Samanthy, która nawet w taką pogodę miała na sobie szpilki i bluzkę z dekoltem, a jednak od pięciu lat byłyśmy nierozłączne i traktowałyśmy się jak siostry. Chyba jednak coś było w stwierdzeniu, że przeciwieństwa się przyciągają.
Nasze BMW pędziło 120 km/h, z czego nie byłam zbytnio zadowolona. Od zawsze bałam się latać samolotami, a teraz, kiedy miałam lecieć bez mamy, która zawsze trzymała mnie za rękę podczas startu, czułam jeszcze większą panikę. Samantha uwielbiała z tego kpić, twierdząc, ze w tej sytuacji zachowuję się jak mała dziewczynka, a nie jak siedemnastolatka. Zaśmiałam się ironicznie w myślach.
Ale teraz miałam inną sprawę na głowie - od kilku dni największa zagadką pozostawało dla mnie to, jakim cudem mojej przyjaciółce udało się namówić Lily na podróż do oddalonego o 2105 mil Port Angeles i to prawie pod koniec roku szkolnego. Ale w głębi duszy wiedziałam, co było powodem - moja mama wprost uwielbiała Samanthę i gotów była spełnić każdą jej zachciankę. Cichy głosik w głowie podpowiadał mi, że Lily wolałaby mieć Sami za córkę, ale kazałam mu się zamknąć.
Przez następne dziesięć minut jazdy starałam się nie myśleć o niczym, żeby zrelaksować się przed lotem. W lusterku co jakiś czas widziałam zaniepokojone spojrzenia mamy rzucane w moją stronę. Czy aż tak było widać po mojej minie jaka jestem zdenerwowana? No, ale to w końcu moja matka, pomyślałam. Ona zawsze wyczuje, kiedy coś mnie gnębi, jakby spojrzenie jej zielonych oczu prześwietlało mnie promieniami Roentgena. Dziwne, ale czasami czułam, jakbym też potrafiła zajrzeć w głąb ludzkiej duszy i zobaczyć jaki ktoś jest. Być może jest to jakiś dar, który Lily podarowała mi w genach...
Z rozmyślań wyrwała mnie Samantha, która odwróciła się do mnie i szepnęła tak, żeby moja mama nie usłyszała:
- Ahoj przygodo! - puściła do mnie perskie oko.
Własnie wjechałyśmy na parking lotniska i mama krążyła wokół setki samochodów poszukując wolnego miejsca . W końcu zaparkowała niedaleko wejścia i zajęłyśmy się w milczeniu wyładowywaniem walizek z bagażnika. Ja, na tygodniowy wyjazd, zabrałam jedną walizkę z ubraniami i kosmetyczką, natomiast Samantha miała dwie walizki wypchane po brzegi modnymi ciuchami i kosmetykami. W przyszłości będę miała syna, obiecałam sobie w myślach. Lily wzięła od Samanthy jedna walizkę i ruszyłyśmy do wejścia.
W chwilę później mama załatwiała formalności, a my z Sami usiadłyśmy na niewygodnych, plastikowych krzesłach. Samantha, nie mogąc wytrzymać bez internetu dłużej niż godzinę, szybko połączyła się z wi-fi i weszła na Facebooka. Siedziałam obok niej bez słowa, po czym przypomniało mi się, że miałam zapytać przyjaciółkę o najważniejszą rzecz.
- Sami? - zagadnęłam ją.
- Hm?
- A właściwie jak namówiłaś moją mamę na wyjazd do port Angeles?
Samantha zaśmiała się i nie odrywając wzroku od iPhon'a odpowiedziała:
- Powiedziałam, że moja matka każe mi jechać odwiedzić moją umierającą babcię w Port Angeles, a że boję się lecieć sama, to zapytałam, czy nie mogłabyś lecieć ze mną. Dobre, nie? - oderwała wzrok od ekranu komórki i wyszczerzyła do mnie zęby, dumna ze swojego nowego kłamstwa. Próbowałam odwzajemnić uśmiech, ale wyszedł z tego jakiś grymas, jednak Samanhcie to chyba wystarczyło, bo wróciła do pisania postu na Twitterze.
Nie lubiłam kłamać, chyba że musiałam, i nie pochwalałam, kiedy robiła to Sami, ale jako jej najlepsza przyjaciółka zgadzałam się, najczęściej bez żadnych pytań, robić z nią różne głupstwa. Z resztą z reguły nie miałam wyboru, bo Samantha miała niesamowity dar przekonywania, ale kilka razy udało mi się odwieźć ją od idiotycznych pomysłów, co było piekielnie trudne.
- A jaki jest prawdziwy cel naszego wyjazdu? - zapytałam ostrożnie, bojąc się odpowiedzi.
I wtedy puściła jakaś niewidzialna blokada i Sami zaczęła gadać jak szalona, jakby obawiała się, że nigdy ją o to nie zapytam:
- Och, bo poznałam cudownego faceta w i internecie! Ma na imię Brian, jest szatynem i ma piwne oczy. Cudnie, nie? Poznaliśmy się zupełnie przypadkowo, ale od razu między nami zaiskrzyło! Koniecznie musisz go poznań, jest taki miły, romantyczny i czaru... - urwała, bo akurat podeszła do nas moja mama.
- No, dziewczynki, mam już Wasze bilety. - uśmiechnęła się blado.
Następną godzinę spędziłyśmy czekając na samolot. Samantha wciąż siedziała na Facebooku i podejrzewałam, że pisze z Brianem, mama wcześniej się ubezpieczyła i wzięła ze sobą książkę Nicholasa Sparksa, a ja nie byłam już w stanie dłużej ukrywać drżenia moich rąk. Nie potrafiłam samej sobie wytłumaczyć dlaczego mam takie obawy. I nawet nie chodziło o to, że panicznie bałam się latać samolotami, ale czułam, że ten wyjazd nie jest dobrym pomysłem. Ba, czułam, że nasza niewinna wycieczka może naprawdę się źle skończyć. Miałam przeczucie, a jak dotąd moja intuicja mnie nie zawiodła... Zepchnęłam jednak tę myśl na skraj świadomości i spróbowałam się ogarnąć.
Policzyłam do dziesięciu, co zawsze robiłam, żeby się uspokoić i pogrzebałam w moim bagażu podręcznym aż w końcu znalazłam książkę autorstwa Rick'a Riordana i zagłębiłam się w lekturze.
- Chyba już czas. - oznajmiła mama patrząc na zegarek, kiedy skończyłam ósmy rozdział. Westchnęłam cicho, bo wiedziałam że czas na pożegnanie. Nienawidzę się żegnać.
Samantha zareagowała dopiero po chwili i wstała, żeby uściskać moją mamę. Po Sami przyszła kolej na mnie i przytuliłam mocno Lily.
- Uważaj na siebie, słonko. - szepnęła mi do ucha.
- Jasne. - wyszczerzyłam do niej zęby w niezbyt szczerym uśmiechu kiedy w końcu mnie puściła.
- I zadzwoń do mnie zaraz po zameldowaniu się w hotelu! - zawołała, kiedy szłyśmy już z Samanthą do bramek kontrolnych, ale nie zdołałam jej już nic odpowiedzieć, bo pochłonął nas tłum.
***
Nie miałam pojęcia, dlaczego z minuty na minutę miałam coraz większe obawy. Och, przecież nie lecę do Chin ani do Afryki! - beształam się w myślach - Zaczynasz popadać w histerię.
Leciałyśmy z Samanthą już dwie godziny, więc przed sobą miałyśmy jeszcze godzinę lotu. moja przyjaciółka siedziała przy oknie i słuchała muzyki, co oznaczało, że jest bardzo podekscytowana i woli pozostań ze swoimi myślami sam na sam. Nie miałam jej tego za złe, bo sama nie miałam ochoty na rozmowę. Zauważyłam, że im dalej byłyśmy od naszego kochanego Chicago, tym pogoda robiła się coraz bardziej paskudna. Jak mój nastrój.
Ostatnią godzinę lotu przespałam, co bardzo mnie zaskoczyło, ale tego właśnie potrzebowałam. Obudziłam się, kiedy lądowaliśmy i przez okno zobaczyłam, że leje jak z cebra, ale Sami najwyraźniej się nie przejęła i uśmiechnęła się do mnie szeroko. A więc jesteśmy w Port Angeles...
no i jest pierwszy rozdział! :) mogę się założyć, że nikomu nie będzie się chciało tego czytać, ale błagam, zróbcie to dla mnie! :P wiem, ze jest mało dialogów, ale chciałam teraz zrobić więcej opisów, bo później będzie aż za dużo dialogów. :D i obiecuję też, że akcja się rozkręci. :) następny rozdział postaram się dodać jak najszybciej. :)
czytasz = komentujesz. :3
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz